Prawo autorskie w self-publishingu często wydaje się autorom tematem drugorzędnym. Skoro tekst jest własny, okładkę zrobił znajomy, a w stopce pojawia się copyright, wielu uznaje sprawę za zamkniętą. Problem w tym, że książka to nie tylko tekst, a ryzyko może wrócić dopiero po latach.
„Tekst jest mój, okładkę zrobił znajomy” – co może pójść nie tak?
W self-publishingu bardzo łatwo dojść do momentu:
„Tekst jest mój, okładkę zrobił mi znajomy, więc wszystko jest w porządku.”
Autor może mówić i myśleć w ten sposób w dobrej wierze. Nie próbuje nikogo oszukać, niczego ukraść. Nie zakłada również, że robi coś złego lub ryzykownego.
To przecież jego książka i tylko jego.
Napisał tekst, poprawiał go miesiącami albo latami, znalazł kogoś do stworzenia okładki, ktoś pomógł przy składzie, doradził, zrobił grafikę, podesłał zdjęcie, a jeszcze ktoś inny „ogarnął temat”.
Książka powstała. Plik jest gotowy. Można drukować, wrzucać do sprzedaży, promować, wysyłać recenzentom.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się temat, który wielu traktuje zbyt lekko.
Prawo autorskie
Nie jest to abstrakcyjny straszak i nudne paragrafy, których nikt nie czyta.
W tle procesu twórczego i wydawniczego jest praktyczne pytanie:
– czy naprawdę masz prawo użyć wszystkiego, co znalazło się w książce i wokół niej?
Książka to nie tylko tekst.
To także cała warstwa, która zaczyna żyć razem z nim: okładka, ilustracje, zdjęcia, fonty, układ graficzny, cytaty, opis promocyjny, grafiki reklamowe, fragmenty publikowane w internecie i coraz częściej również elementy stworzone z pomocą AI.
Każdy z tych elementów ma swoją historię.
Ktoś go stworzył, ma do niego prawa albo udostępnił go na określonych zasadach. Czasem pozwolił na użycie prywatne, ale nie komercyjne. Czasem na publikację w internecie, ale niekoniecznie na druk, sprzedaż, reklamę i dodruki.
A autor często widzi tylko efekt końcowy.
Okładka wygląda dobrze, grafika pasuje, zdjęcie robi klimat. Font jest ładny, a cytat dodaje powagi. AI wygenerowało coś „oryginalnego”.
Tylko że przy książce przeznaczonej do sprzedaży samo „ładne” i „pasuje” nie wystarczy.
„Okładkę zrobił mi znajomy”
To jedno z najczęstszych zdań, jakie można usłyszeć przy niezależnym wydawaniu książek.
Nie ma w nim nic złego.
Znajomy może być świetnym grafikiem. Może zrobić bardzo dobrą okładkę. Może pomóc autorowi lepiej niż przypadkowa osoba z internetu. Problem nie polega na tym, że okładkę robi znajomy.
Problem zaczyna się wtedy, gdy nikt nie wie, co dokładnie zostało ustalone.
Znaczenie ma to, czy projekt powstał od zera, czy opierał się na cudzym zdjęciu, grafice z banku zdjęć, elemencie z Canvy, komercyjnym foncie, teksturze znalezionej w sieci albo materiale wygenerowanym przez AI.
Ważne jest też, czy autor dostał tylko gotowy plik, czy rzeczywiście prawo do korzystania z projektu w takim zakresie, w jakim chce go później używać.
To nudne pytania, wiem.
Przy kreatywnej pracy brzmią jak biurokracja. Autor chce wydać książkę, nie prowadzić śledztwa w sprawie każdego piksela na okładce.
Tylko że później, jeśli pojawi się problem, właśnie te nudne pytania pozostawione bez odpowiedzi zaczynają mieć znaczenie.
Bo „znajomy zrobił” nie oznacza automatycznie, że można używać tej okładki wszędzie i zawsze, drukować ją w dowolnym nakładzie albo robić z niej baner, plakat, reklamę, zakładkę, koszulkę i grafikę promocyjną.
Nie oznacza automatycznie również, że można użyć jej przy wznowieniu, e-booku, audiobooku albo sprzedaży zagranicznej.
Być może można, być może wszystko jest w porządku.
Ale pytanie brzmi:
– czy to wiesz, czy tylko zakładasz?
„Przecież zapłaciłem”
To kolejny częsty argument.
Autor zapłacił za okładkę, redakcję, skład, więc uważa, że temat jest zamknięty.
Tyle że zapłata za wykonanie projektu nie zawsze oznacza to samo, co pełne przeniesienie praw albo bardzo szeroka licencja. To są różne rzeczy.
Pieniądze zamykają temat tylko wtedy, gdy wiadomo, na co dokładnie zostały wydane.
Za sam plik? Za projekt do jednego wydania? Za użycie okładki w książce papierowej? A może za pełniejsze wykorzystanie: e-book, reklamy, social media, dodruki, materiały promocyjne i wznowienia?
Jeśli tego nie ustalono, każda ze stron może po czasie rozumieć tę samą współpracę inaczej.
Najlepiej na piśmie. I nie dlatego, że znajomemu nie ufamy, ani dlatego, że od razu szykujemy się do konfliktu. Tylko dlatego, że pamięć bywa zawodna, relacje się zmieniają, projekty rosną, a książka, która miała być małą publikacją „dla swoich”, po czasie może trafić znacznie dalej.
I wtedy pojawia się refleksja:
– co właściwie było umówione?
Przykład sporu Andrzeja Sapkowskiego z CD Projektem pokazuje, że „myślałem, że…” potrafi być bardzo zwodnicze – szczególnie wtedy, gdy coś, co na początku wydawało się jednorazowym ustaleniem, po latach zaczyna żyć własnym życiem.
„Mam copyright i wszystkie prawa zastrzeżone”
To kolejny element, który sprawia, że wielu autorów uznaje temat za zamknięty.
Na stronie redakcyjnej książki pojawia się znaczek ©, nazwisko autora, rok wydania i formułka:
„Wszelkie prawa zastrzeżone.”
Czasem dochodzi jeszcze zapis, że żadna część publikacji nie może być kopiowana, rozpowszechniana ani wykorzystywana bez zgody autora lub wydawcy.
I wielu autorów oddycha z ulgą.
Bo skoro taka formułka jest w książce, to znaczy, że prawa są zabezpieczone. W istocie taka nota mówi innym osobom: „nie kopiujcie tej książki bez zgody”. Wskazuje autora, czasem tłumacza, lub wydawcę i przypomina o ochronie prawnej utworu. Ale nie sprawia automatycznie, że wszystko, co znajduje się w książce, zostało legalnie użyte. Znaczek © nie legalizuje korzystania z cudzych praw np. do grafiki. Nie powoduje nabycia praw do zdjęcia z internetu i nie przenosi praw od grafika.
Znaczek © nie potwierdza licencji na font, nie rozwiązuje problemu cytatu użytego bez podstawy i nie sprawia, że element z Canvy, banku zdjęć albo AI automatycznie nadaje się do każdego komercyjnego użycia.
To trochę tak, jakby na samochodzie nakleić napis „moja własność”, ale nie mieć dokumentów potwierdzających, skąd pochodzą części.
Jeśli jakiś element pochodzi z niewiadomego źródła, sama nota nie rozwiązuje tej kwestii.
Na przykład: autor może mieć prawa do tekstu. Może mieć pełne prawo oznaczyć książkę swoim nazwiskiem. Może zastrzec kopiowanie i rozpowszechnianie całości. Ale nadal powinien wiedzieć, czy ma prawo użyć wszystkich elementów, które do tej książki dołożył.
Bo „wszystkie prawa zastrzeżone” nie oznacza „nabyłem prawa do wszystkiego”.
Oznacza raczej: „zastrzegam prawa do tego, do czego rzeczywiście mam prawa”.
I to jest ogromna różnica. Copyright w stopce nie jest tarczą, ale informacją.
„Znalazłem w internecie”
To zdanie zawsze zapala dużą czerwoną lampkę.
Nie dlatego, że wszystkiego, co w internecie nie wolno używać. Są materiały legalnie udostępniane, są licencje, są banki zdjęć, są zasoby darmowe i płatne, są różne modele wykorzystania.
Ale samo to, że coś jest dostępne w Google, na Pintereście, Facebooku, Instagramie albo jakiejś stronie, nie oznacza, że można tego użyć w książce.
A już szczególnie w książce przeznaczonej do sprzedaży.
Zdjęcie z internetu ma autora. Ilustracja, grafika, a nawet tekstura też mogą mieć autora. Mapa, wykres, cytat, fragment cudzego tekstu – to również nie są rzeczy „niczyje”.
Internet bardzo łatwo tworzy złudzenie, że skoro coś można pobrać, to można też użyć.
Nie można tak zakładać.
Zwłaszcza jeśli publikacja ma trafić do sprzedaży, reklamy, druku i dystrybucji.
„… to tylko cytat”
Cytaty to osobny temat. Warto pamiętać, że zastosowanie „prawa cytatu” to nie magiczne zaklęcie, które automatycznie rozwiązuje każdy problem.
To, że jakiś fragment jest krótki, nie oznacza jeszcze, że można go użyć dowolnie. To, że podamy autora, nie zawsze wystarczy. To, że coś „pasuje do klimatu” książki, nie oznacza, że spełnia warunki legalnego cytowania.
W praktyce warto zadać sobie proste pytanie:
– czy ten cytat jest naprawdę potrzebny, czy tylko ładnie wygląda?
Bo jeśli cytat ma pełnić funkcję ozdobnika, hasła, motta albo klimatycznego dodatku, trzeba być szczególnie ostrożnym.
I znowu: nie chodzi o straszenie.
Chodzi o świadomość, że cudzy tekst nadal jest cudzym tekstem, nawet jeśli ma trzy linijki.
„Okładkę zrobił mi ChatGPT”
Takie zdanie będzie padało coraz częściej.
Rozumiem pokusę.
Narzędzia AI są szybkie, efektowne, tanie i wręcz dostępne od ręki. Można wygenerować kilka wersji okładki, wybrać najlepszą, dopracować, wrzucić tytuł, nazwisko autora i gotowe.
Tyle że „zrobił mi ChatGPT” nie zamyka tematu praw autorskich. Raczej zmienia rodzaj pytań, które trzeba sobie zadać.
Przy AI problemem nie jest wyłącznie to, kto kliknął „generuj”. Liczy się efekt końcowy. Jeśli okładka zaczyna przypominać cudzą ilustrację, znaną postać, logo, kadr filmowy, okładkę innej książki albo charakterystyczny styl konkretnego twórcy, autor nie schowa się za zdaniem: „to wygenerował program”.
Dochodzi jeszcze druga warstwa: regulaminy narzędzi, zasady platform sprzedażowych, konkursów, patronatów i partnerów wydawniczych. Jedni mogą wymagać oznaczenia AI, inni ograniczać jego użycie, a jeszcze inni po prostu zapytać, skąd pochodzi grafika i na jakiej podstawie została użyta.
AI nie jest złe „z automatu”, ale użycie AI nie zwalnia z odpowiedzialności.
Bo w obiegu publicznym nie funkcjonuje prompt. Funkcjonuje okładka. I to za zgodne z prawem korzystanie z okładki self-publisher będzie musiał odpowiedzieć, gdyby po czasie okładka okazała się problematyczna.
Autor może nie znać procesu, który doprowadził do powstania obrazu. Może nie wiedzieć, do czego grafika jest podobna. Może nie zauważyć, że efekt „oryginalny” dla niego komuś innemu skojarzy się z konkretną pracą, marką albo stylem. AI nie tworzy w próżni. Karmi się tym, co ludzie wcześniej napisali, narysowali, sfotografowali, zaprojektowali i opublikowali.
A jeśli okładka trafi na książkę, do sklepu, do reklamy i druku, to odpowiedzialność za jej użycie nie znika tylko dlatego, że została wygenerowana przez narzędzie.
Wydawca tradycyjny zapytałby grafika o prawa, źródła i licencje.
Self-publisher powinien zadać podobne pytania samemu sobie lub tym, z którymi współpracuje.
„Przecież nikt tego nie znajdzie”
To jest jeden z najniebezpieczniejszych mitów.
Kiedyś można było sobie wyobrażać, że jeśli ktoś użył zdjęcia, grafiki albo fragmentu znalezionego w sieci, to ryzyko wykrycia jest niewielkie. Ktoś musiałby przypadkiem trafić na książkę, rozpoznać element i zareagować.
Dziś to złudzenie.
Istnieją narzędzia do wyszukiwania podobnych obrazów. Jest realny i skuteczny monitoring internetu. Są też firmy i kancelarie, które profesjonalnie zajmują się wyłapywaniem naruszeń, zgłaszaniem ich, wysyłaniem wezwań i dochodzeniem roszczeń.
I tu wielu autorów może się zdziwić.
Bo problem nie musi pojawić się dlatego, że twórca zdjęcia kupił książkę i przypadkiem rozpoznał swoją pracę na okładce.
Problem może pojawić się dopiero wtedy, gdy okładka zacznie pracować publicznie: w sklepie, reklamie, social mediach, katalogu, recenzji albo materiałach promujących premierę. Im więcej autor promuje książkę, tym bardziej zwiększa jej widoczność.
A im większa widoczność, tym większa szansa, że ktoś zobaczy także to, czego autor wolałby już nie analizować.
To jest paradoks.
Autor chce, żeby książka była widoczna.
Ale jeśli nie ma porządku w prawach, widoczność może odsłonić problem.
Problem może wrócić po latach
To kolejna rzecz, o której mało kto myśli przy premierze.
Książka wydana. Minął rok, potem drugi i trzeci. Nikt się nie odezwał. Nikt niczego nie zgłosił. Sklep działał. Promocja w internecie zrobiła sprzedaż. Książka pojawiała się w recenzjach, poleceniach i materiałach promocyjnych. Z zewnątrz wszystko wyglądało tak, jakby temat był zamknięty.
Łatwo więc pomyśleć:
– skoro tyle czasu nic się nie stało, to znaczy, że wszystko jest w porządku.
A tak wcale być nie musi.
Brak problemu dziś nie jest dowodem, że wszystko zostało dobrze zabezpieczone. Czasem oznacza tylko tyle, że nikt jeszcze nie zadał tego jednego problematycznego pytania.
A ono może wrócić w najgorszym momencie: przy dodruku, wznowieniu, e-booku, audiobooku, wejściu do szerszej dystrybucji, zgłoszeniu książki do konkursu albo większej kampanii reklamowej. Czasem po prostu wtedy, gdy książka zaczyna się lepiej sprzedawać i ktoś wreszcie dokładniej przygląda się temu, co wcześniej wisiało sobie spokojnie w internecie.
Wtedy trzeba wrócić do początku. Do okładki, zdjęcia, ilustracji, fontu, licencji, zgody grafika i ustaleń, które kiedyś wydawały się oczywiste.
Po kilku latach „znajomy zrobił”, „grafika była darmowa”, „font był w programie”, „mieliśmy dogadane” zaczyna brzmieć dużo słabiej niż konkretna umowa, licencja albo potwierdzenie zakupu.
Po latach najtrudniejsze bywa nie samo znalezienie odpowiedzi.
Najtrudniejsze bywa odtworzenie, co właściwie wydarzyło się przy tworzeniu książki.
Znajomy nie pamięta, link do grafiki nie działa, bo wygasł, licencja zniknęła, a maile przepadły.
Nikt nie spisał ustaleń. A książka nadal jest w sprzedaży.
Konsekwencje nie są tylko prawne
Kiedy mówi się o prawie autorskim, wiele osób od razu myśli o sądzie. Jednak zanim sprawa trafi do sądu, projekt może już wygenerować sporo problemów.
Okładka może zostać zakwestionowana. Reklama zatrzymana. Produkt zgłoszony platformie sprzedażowej. Księgarnia może dostać wiadomość, że oferuje książkę z treściami naruszającymi prawa. Autor może dostać wezwanie do zapłaty, usunięcia materiałów, przeprosin albo sprostowania.
I nagle nie chodzi już tylko o paragrafy.
Chodzi o premierę, promocję, sprzedaż, wizerunek i zaufanie.
Książka może zostać czasowo zdjęta ze sprzedaży. Reklama może zostać zablokowana. Materiały promocyjne mogą wymagać usunięcia. Okładkę trzeba będzie zmienić. Pliki trzeba będzie poprawić. Dodruk może się opóźnić. A jeśli książka była już wydrukowana, problem zaczyna kosztować realne pieniądze.
Do tego dochodzi coś jeszcze.
Wizerunek autora.
Czytelnicy nie zawsze będą analizować szczegóły prawne. Często zobaczą tylko chaos. Recenzent może się wycofać. Partner może uznać projekt za ryzykowny. Księgarnia może podejść ostrożniej. Osoby współpracujące przy kolejnych książkach mogą zacząć zadawać więcej pytań.
I słusznie. Bo przy publikacji książki zaufanie jest częścią całego procesu.
Self-publishing to wolność, ale też odpowiedzialność
W self-publishingu autor zyskuje coś bardzo cennego: niezależność i pełną kontrolę nad własną książką. Decyduje o tekście, okładce, terminie premiery, cenie, promocji, współpracownikach i sposobie wydania. To duża wolność, zwłaszcza dla kogoś, kto nie chce oddawać swojej książki w cudze ręce.
Ale wolność w wydawaniu oznacza też odpowiedzialność i ma swoją cenę.
Jeśli nie ma tradycyjnego wydawcy, redakcji, działu prawnego i procedur, które wcześniej sprawdzają takie rzeczy, to ktoś inny musi wziąć za nie odpowiedzialność.
Najczęściej ta odpowiedzialność zostaje po stronie autora (self-publishera). Nie tylko za tekst, ale za całą publikację: okładkę, zdjęcia, ilustracje, fonty, cytaty, grafiki promocyjne i wszystko, co powstało z pomocą AI.
Bo jeśli nie ma wydawnictwa, redakcji, działu prawnego i procedur, które po drodze zadają niewygodne pytania, ktoś musi je zadać. W self-publishingu bardzo często zostaje z tym sam autor.
Musi wrócić do spraw, które na początku wydawały się techniczne albo drugorzędne: skąd pochodzi okładka, na jakich zasadach została przygotowana, czy użyte zdjęcie można wykorzystać komercyjnie, czy font nadaje się do druku i sprzedaży, czy grafika może pojawić się w reklamie, a element wygenerowany przez AI nie tworzy dodatkowego ryzyka.
To nie są pytania, które mają odbierać radość z wydawania książki. Raczej takie, które pozwalają tej książce spokojnie żyć po premierze: w sklepie, w reklamie, w dodruku, w recenzjach, w kolejnych wydaniach i wszędzie tam, gdzie autor chciałby ją jeszcze zaprowadzić.
Dlatego self-publishing wymaga czegoś więcej niż napisania tekstu i doprowadzenia pliku do druku. W pewnym momencie autor musi spojrzeć na własną książkę także oczami wydawcy i biznesmena – nie po to, żeby komplikować proces, ale żeby nie zostawić przyszłych problemów samym sobie.
I tu kończy się moja perspektywa praktyczna.
Mogę pokazać miejsca, w których w self-publishingu najczęściej pojawia się skrót myślowy: „zapłaciłem”, „dostałem”, „znalazłem”, „wygenerowałem”, „mieliśmy dogadane”.
Mogę też powiedzieć, że z perspektywy pracy przy książkach te skróty potrafią wrócić po czasie w najmniej wygodnym momencie.
Ale dalej warto oddać głos komuś, kto patrzy na ten temat od strony prawa autorskiego na co dzień. Nie po to, żeby straszyć formalnościami, tylko żeby spokojnie uporządkować, co autor powinien mieć ustalone, zapisane i sprawdzone, zanim książka zacznie żyć własnym życiem.
Warto przeczytać dalej
Jeśli ten temat dotyczy także Twojej książki, warto spojrzeć szerzej na cały proces wydawniczy:
- Dla twórców – self-publishing i wydanie książki
- Marketing książki w praktyce
- Pozostałe artykuły na blogu WildPrints
Temat można też kontynuować na forum społeczności WildPrints:


